Świadectwo Uli

UlaZaprawdę powiadam wam: jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych, albowiem powiadam wam: ANIOŁOWIE ICH W NIEBIE WPATRUJĄ SIĘ ZAWSZE W OBLICZE OJCA MOJEGO, KTÓRY JEST W NIEBIE”.

27 czerwca 2014 r. rozpoczęła się walka Huberta o życie.

Tego dnia okazało się, że w jego ciele zamieszkał nowotworowy potwór. Porównanie do potwora jest dosyć namacalne, gdyż guz nerki był ogromny – obejmował całą nerkę i przez żyły główne penetrował do prawego przedsionka serca.

Hubert to mój kochany bratanek. W czasie, kiedy się to działo, miał zaledwie 7 lat. Ma piękne niebieskie oczy, włosy lniane jak Mały Książę. Posiada mocną wyobraźnię oraz ujmującą wrażliwość. Był podarowany swoim rodzicom dość niespodziewanie, ale przyniósł ze swoją osobą wielgachną radość! Jestem jego chrzestną ciocią, wielokrotnie zajmowałam się nim i czuję do niego wielką miłość.

Zapewne zawsze wieść o chorobie nowotworowej zwala z nóg, nikt nie jest na takie wieści gotowy, zwłaszcza na chorobę dziecka. Leczenie rozpoczęło się natychmiast – od chemioterapii. Hubert był przygaszony, nie rozumiał, co się dzieje. To miały być cudne wakacje, na które czekał, a wówczas był przykuty do łóżka. Początek leczenia Huberta był także mocno skomplikowany. Chemia, którą otrzymał, miała toksyczny wpływ na jego mózg. Przez 3 dni nie było z nim kontaktu, przestał widzieć, nie rozumiał, gdzie jest, kim jest on i kim my jesteśmy… Te 3 dni były dramatyczne…

Moment, w którym okazało się, że Hubert ma guza nerki, był początkiem duchowej walki o jego życie i zdrowie. Cały czas klęczałam przed Bogiem. Gdziekolwiek byłam, cokolwiek robiłam, towarzyszyłam Hubertowi modlitwą. Modliłam się sama. Modliłam się z najbliższą rodziną. W najtrudniejszej z chwil prosiłam o modlitwę wszystkich! Moja natarczywość graniczyła z agresją. Prosiłam o modlitwę wierzących i niewierzących, rodzinę daleką, wszystkich przyjaciół, księży, których znałam, znajomych z zagranicy… Miałam poczucie, że taka walka modlitewna musi się odbyć. Że każde westchnienie za Huberta jest konieczne. Że potrzebujemy wojska, które będzie tupało w modlitwie mocno, aby mury choroby opadły, aby nadszedł dzień zwycięstwa.

Są dwa momenty, które noszą dla mnie znamiona mistycyzmu. Kiedy Hubert walczył z neurotoksycznością podanej chemii, poprosiłam w geście rozpaczy o modlitwę znajomego dominikanina, o. Pałysa. Byliśmy zupełnie znękani – towarzyszyłam rodzicom Hubcia wraz z moimi siostrami. Duch w nas gasł, gardło nie było w stanie wypowiadać słów pocieszenia. Ojciec przyszedł, namaścił Hubcia olejami, odmówił modlitwę nad chorymi. Wszystko trwało krótko. Uściskał rodziców. Powiedział do mnie: teraz wszystko w ręku Boga. I odszedł. Nie było niczego spektakularnego w tej chwili.

Hubert spał. Natomiast poranek zajaśniał zmartwychwstaniem. Nad ranem wróciła do niego świadomość, przemówił logicznie do swojej mamy, pomału odzyskiwał wzrok… To było prawdziwe zmartwychwstanie także naszych dusz do nadziei!

Po wstępnej chemii konieczne było wycięcie nerki i całego spustoszenia, którego wokół niej dokonał nowotwór. Operacja miała miejsce we Wrocławiu, gdyż jest to ośrodek specjalizujący się w tym nowotworze. Zabieg przeprowadzali chirurg oraz kardiochirurg, ponieważ naczynia bezpośrednio kontaktujące się z sercem także były zajęte chorobą. Przed operacją pojechałam z bratem do Wrocławia porozmawiać z lekarzem, który miał przeprowadzić operację. Jest to cudowny człowiek o wielkim sercu i profesjonalnym podejściu. Wracaliśmy podniesieni na duchu, choć mieliśmy świadomość, jak ciężka będzie to operacja. W drodze rozmawialiśmy o Bogu, o modlitwie… A kiedy już wyczerpaliśmy naszą otwartość duchową na siebie – zaczęliśmy odmawiać wspólnie różaniec (nigdy wcześniej razem tego nie robiliśmy). I w czasie tej modlitwy złapała nas kosmiczna burza! Ulewa ogromna ze ścianą deszczu, piorunami i grzmotami. Musieliśmy zatrzymać auto. Kontynuowaliśmy modlitwę. To wydarzenie także odczytuję symbolicznie: że anieli muszą się przedrzeć do Nieba z naszymi modlitwami i że droga ta jest niebezpieczna, że to jest najprawdziwsza wojna.

Operacja zakończyła się sukcesem. Tyle, ile oko lekarzy mogło dostrzec w czasie zabiegu, tyle nowotworu zostało usunięte. Z racji tego, że komórki nowotworowe mogły jeszcze pozostać w ciele Hubcia, po zabiegu kontynuował roczną chemioterapię.

Był to już czas spokojniejszy. Hubert zaadaptował się do nowej sytuacji, w szpitalu znalazł wspaniałych kolegów, rodzice i personel szpitala dostarczali sporo radości. Zaistniała nowa norma – norma szpitalna. Co kilka dni – badania, co kilka tygodni dłuższy pobyt w szpitalu, by przejść chemię.

My także adaptowaliśmy się do nowego. Oddychaliśmy nieco głębiej. Oczy już nie tak szybko się pociły, a serce nie wzruszało tak impulsywnie. Ufffaliśmy. Chodziliśmy na mszę o uzdrowienie, powierzaliśmy Huberta w Dobre Ręce Dobrego Boga. I tak mijały miesiące.

Aż przyszła ta chwila. Dwa dni temu HUBERT ZAKOŃCZYŁ LECZENIE. Badania kontrolne są pozytywne. Musi być teraz jeszcze pod 5-letnią kontrolą, bo nowotwór złośliwy wzdryga tym swoim określnikiem złośliwy… Ale ufffamy, przez duże U.

Chciałam Wam, droga Ziemio Boga, ogromnie podziękować za modlitwę. Za dyżury modlitewne w te najtrudniejsze chwile. Za to, że na moje ciągłe wołanie – byliście na tak, na oczywiście. Że wasza wiara przyniosła cud! Dziękuję personalnie i gremialnie moim przyjaciołom: Marysi Kukule, Agnieszce Tas, Romie Petrymusz, Marcie Ejsmont, Magdzie Sokołowicz, Asi i Ewelinie Malec, Asi i Szymonowi Lichawskim… Wiele Was :) Mam nadzieje, że wiecie, że bardzo jestem wdzięczna za tę bliskość. Ziemia Boga nie kończy się na Łosiówce. Ziemia się rozprzestrzenia, z Ziemi się nie wychodzi, jest się w niej: dziękuję, żeście tę Ziemię wzięli w swoje ręce i dusze :)

Niech będzie chwała Najwyższemu, który jest Najlepszy, który jest Najukochańszy!
Który jest Dobry.
Który jest Bliski.
Dziękuję Ci Panie za to, że przeprowadziłeś nas przez te ciemności!
Dziękuję za miłość, która rozpanoszyła się w moim sercu!
I dziękuję za Huberta! Za to, że mu pobłogosławiłeś szczodrze!

Amen. Alleleuja.

Ula

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page